Co roku trzeba mnie zmuszać do sprzątania, krojenia sałatek i pójścia ze święconką. Tym razem sama się musiałam do wszystkiego zmusić! Poniżej opis moich pierwszych świąt za granicą. Tylko od żarcia strony.

Święta spędziłam z siostrami „szarymi”, jedząc, rozmawiając, żartując, śpiewając, zwiedzając muzea (które w Wielkanoc były za darmo dla mieszkańców Rzymu, a jak się okazało, nim jestem), grając w grę typu warcaby, znowu jedząc i oglądając telewizję. Jednak zanim nadszedł czas świętowania przez kilka dni pytałam czy mogę zrobić sos tatarski, żeby w niedzielę nie zjawiać się na tzw. krzywy ryj. W końcu się poddałam i nie czekając dłużej na zezwolenie zlokalizowałam na dzielni polski sklep i kupiłam pieczarki marynowane, ogórki i majonez, po czym obeszłam 20 marketów zanim znalazłam szczypiorek (tutaj o nazwie „zioło cebulowe”). Nie dość, że nikt mi nic nie kazał to wręcz mi powiedziano „jedziemy na gotowe, nic nie trzeba robić”. Przeszkadzało mi to jako, iż u mnie w domu wygląda to bardzo inaczej, a to moje pierwsze święta z dala od bliskich, więc automatycznie próbowałam odtworzyć to, co dla mnie naturalne.

Sytuacja jeszcze bardziej odbiegła od tradycji, gdy nikt nie zamierzał przygotowywać koszyka z jedzeniem do święcenia (bo to polska tradycja, której Polacy za granicą nie trzymają się kurczowo, podobnie jak i postu w Wielką Sobotę). Prawie 96-cio letnia siostra Maria (Polka z okolic Wilna, która pięknie wymawia spółgłoskę półotwartą boczną zębową welaryzowaną tj. szlacheckie „ł” (ot wszystko, co pamiętam z pierwszych studiów) przygotowała pisanki (woskiem i cebulą), więc ja postanowiłam stanąć na wysokości zadania i przygotować koszyk oraz znaleźć polski kościół, który by to poświęcił. Siostrze Marii spodobał się pomysł i razem odtworzyłyśmy skromną wersję tej tradycji.

Znaleźć koszyk na święconkę nie jest jednak tak łatwo w Rzymie. Napisałam do ludzi z pracy i ze szkoły, zadzwoniłam do innych zakonów w mieście, do pana stroiciela co mi pianino tutaj do stanu używalności sprowadza i do menadżera siłowni, na którą chodzę, założyłam nawet konto na Tinder wpisując w opisie ogłoszenie o potrzebie koszyka, ale jak się okazało, koszyki z rączką to tutaj zdecydowana rzadkość. Udałam się zatem po radę do znajomego Polaka-złotej rączki, co pracuje w restauracji zaprzyjaźnionej z moją pracą, a on dał mi kawałek wężyka/szlaucha (czyt. szlałfa), który to owinęłam wstążką od sióstr wyżebraną i przymocowałam do koszyka znalezionego w klasztorze. Nie była to najstabilniejsza konstrukcja tej epoki, ale przetrwała i rolę spełniła.

Mury zakonu dzieli z nami od niedawna jeszcze jedna Polka. Szybko się polubiłyśmy, gdy to pierwszego wspólnego dnia odkryłyśmy, że obie omijamy zgromadzenia włoskich dziewcząt przez wzgląd na nasz szacunek do zmysłu słuchu. Nowa koleżanka również została tu na Wielkanoc. A w kwestii utrzymywania tradycji i świątecznych zachowań było to wielkie ułatwienie. Bowiem zaraz po tym, gdy zmusiłam siebie do zrobienia sałatki, poprosiłam o pomoc Natalię (ot jej imię), a gdy tylko projekt „koszyk” nabrał formy, to zaangażowałam ją też i do tego. Spełniła ona również świąteczne funkcje mojej siostry, gdy po skończonym krojeniu i dodaniu majonezu zapytała „a to nie powinno być drobniej pokrojone?”, oraz później jak próbowałam zrobić baranka z masła (co mój tata zawsze robi), stwierdziła że przynoszę wstyd rodzinie :)

Zamieszczone w 2018

.

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.