Pozdrowienia z Genui. Do popołudnia miasto było dziś półżywe, a sklepy pozamykane, ale turyści jak gdyby z innej planety tacy sami jak zawsze. A ja wśród nich.

Moim tempem wręcz przebiegam wąskie uliczki starówki. Przed wyjściem z domu oglądałam w telewizji przygotowania do pogrzebu, teraz go słyszę z każdego okna. Trzeba by założyć słuchawki na uszy z wesołą muzyczką, a na oczy klapki, żeby nie odczuwać smutku tego miasta. Przeszłam wszystkie place, kościoły obejrzałam, niecodzienny obiad zjadłam… Siadłam w cieniu przy jednym z zamkniętych sklepów. Czytam książkę jak myśleć bez myślenia. I mimo, że chodzi w niej o wczesne przewidywanie konsekwencji to właśnie myślenie bez myślenia teraz uprawiam. Ta katastrofa nie mieści mi się w głowie, więc nawet częściowo do niej nie wchodzi. Port, który zawsze wypełniony jest ludźmi teraz wibruje tylko od wycia statków. A wyją wszystkie i to na raz. Każdy na innym dźwięku tworząc nieprzyjemną dla ucha skalę żałości. Niebo zaczyna się dołączać.

Grupa francuzów usiadła obok mnie, żeby schować się przed ulewą. Wszyscy tacy zadowoleni i śmieją się do mnie. Nie odwzajemniam. Wystarczy, że nie mam odpowiedniej ilości empatii w obecnej sytuacji i coś do wyrzutów sumienia podobne mi się narzuca. Tak mnie ci francuzi denerwują, że bym się przeniosła do zjaranego afrykańczyka siedzącego dwa metry dalej… Chyba za długo się na niego gapiłam, bo zapytał czy chcę się dołączyć. Podziękowałam, bo boję się sepsy itp. ale na dzień dzisiejszy bycie zjaranym wydaje się dużo lepszą opcją niż bycie uhahanym.

Francuzi pobiegli w deszcz, rodzina meksykańczyków (oceniam po akcencie) zajęła ich miejsce. Do deszczu dołączyły pioruny i grzmoty. Poprosiłam meksykanina, żeby wyłączył telefon jak chce tu siedzieć, bo nie chcę zginąć w dzień pogrzebów narodowych.

Jest 15:00. Słońce wraca nad miasto, a niedługo otworzą część sklepów i znowu będzie można usłyszeć język włoski. Przed pałacem rządowym zbierają się dziennikarze pewnie mając nadzieję, że usłyszą coś nowego. Ale o ile to nie jest zapewnienie, że to wszystko to był tylko zły sen, nic teraz nie uspokoi miasta ani nie wzbudzi na nowo zaufania do rządu, które i tak już zanikało na długo przed katastrofą. Tylko czas ma jakieś szanse na zaleczenie tych ran i gniewu. Pozdrowienia z Genui, obecnie najsmutniejszego miasta Europy.

Reklamy
Zamieszczone w 2018