Świętowanie w żałobie

O Panie, któryś jest na niebie,
wyciągnij sprawiedliwą dłoń!
Wołamy z cudzych stron do Ciebie
o polski dach i polską broń.

Świętowanie stulecia Niepodległości Polski w Royal Albert Hall w Londynie. „Sto lat” to był zdecydowanie jeden z najpiękniejszych koncertów na jakich kiedykolwiek byłam. Ale tak jak w tytule.

Przed tak wielkim wydarzeniem ślady łez zaciera się makijażem, ale już na samym początku, gdy powstaliśmy do hymnów, nowe ślady się utworzyły. Później wiązanka pieśni patriotycznych ściskała mocno od środka. Wzniosły charakter i wysoki poziom wzruszenia podtrzymał Leszek Możdżer grając Chopina, a za nim London Gala Orchestra pod batutą Stephena Elleryego na nowo przybliżyli nam Paderewskiego. Grażyna Torbicka razem z Kasią Maderą w obu językach przedstawiały nie tylko repertuar i artystów, ale i znaczenie pieśni, historię Polski oraz naszą wspólną historię z Wielką Brytanią. Do tego harcerze Polonii i dzieci z polskich szkół sobotnich dumnie wystąpiły wyśpiewując dzieje naszego narodu.

Był czas, że Polski nie było na mapie. Dlaczego tak się musiało zdarzyć, że obcej mowy uczono w szkołach i trzeba było o Polsce marzyć?

Te i inne słowa piosenek przez nich wykonywanych nabierają większego znaczenia biorąc pod uwagę to, że dzieci te wychowują się na emigracji. To ich i ich rodziców wolny wybór, żeby uczyć się polskiego języka, polskiej historii i kultury. Poprzez polską muzykę patriotyczną, folkową i jazzową oraz wiersze recytowane przez Wojtka Piekarskiego przypomniano nam jaką drogę przebyli nasi przodkowie po to, żebyśmy dzisiaj mogli być wolni.

Wszystko to porywające, wzruszające, ale i radujące, z czego to ostatnie w żałobny ton się nie wpisuje.

Przyznaję, że czasem gdy temat śmierci mi się realnie narzuci jestem zagubiona. Pokorni ludzie nie mają takich problemów, bo nie muszą wszystkiego rozumieć. Ja muszę. Dlaczego dobrzy ludzie umierają? Może dlatego, że zostaliby skrzywdzeni tak w życiu, że lepiej im odejść do Nieba póki jest otwarte? Albo dlatego, bo gdyby nie dorwała ich śmierć ciała to śmierć duszy by ich dopadła? To są jedyne opcje, które nie kłócą się ze wszystkim w co wierzę. Ale to, że je uznaję nie znaczy, że nie ma we mnie gniewu.

Myślałam, że ten koncert będzie dla mnie pewnego rodzaju kompromisem i pauzą. Ale oczyszczenie samo przyszło śpiewając

A kiedy przyjdzie także po mnie zegarmistrz światła purpurowy (…) na wszystko jeszcze raz popatrzę i pójdę – nie wiem gdzie – na zawsze

Po kilku powtórzeniach tego refrenu w znakomitym wykonaniu Tadeusza Woźniaka poczułam jakby kamień spadł mi z serca. Normalnie słysząc ten tekst bym zaczęła analizować jak bardzo nie jestem jasna i gotowa, ale tym razem błękit w głowie sam się utworzył, a fakt, że masa ludzi wspólnie śpiewała ten właśnie refren sprawił, że w krótkim momencie śmierć spadła na wartości.

Trzeba wszystko przeżyć samemu w całości, nie iść na łatwiznę i nie szukać skrótów,

nie zamieniaj serca w twardy głaz, póki jeszcze serce masz

bo jak się ćwiczy odrzucanie własnych uczuć to można w końcu nie czuć nic. Utwór za utworem trafiał do mnie jak gdybym je pierwszy raz słyszała, jak gdyby lekarz mi je osobiście przedstawiał. A to jedynie Wyszkoni, Jopek, Kurzak, Badach, Górniak i Sojka. No, może nie „jedynie”

Życie nie tylko po to jest by brać, życie nie po to by bezczynnie trwać i aby żyć siebie samego trzeba dać

Jeśli ja nie umarłam to muszę żyć, a żeby żyć – siebie samego trzeba dać, trzeba się poświęcać. Bo na miły Bóg! Życie nie jest po to, żeby bezczynnie trwać. Czasem tylko jesteśmy, tak jak A. Sachs rzekł kiedyś, że śmierć jest bardziej uniwersalna niż życie i każdy umiera, ale nie każdy żyje.


Patrząc na dzieje Polski widzimy, że dla zbyt wielu świat się skończył za wcześnie. Dzięki nim jednak my możemy teraz świętować Polskość. Tak też dzięki naszym bliskim, którzy odeszli wbrew wszelkiej woli, możemy próbować świętować i doceniać życie. Zarówno ich, jak i nasze własne.

Kocham mój kraj, moją rodzinę i moich przyjaciół nad życie. Potrzebowałam 4,5-godzinnego koncertu w RAH przepełnionego polskością, żeby wreszcie pokochać i Anglię.

Reklamy

Life after break-up

I’ve been answering this question way too many times so here’s some advice on how to survive breakup if you feel like dying but let it be clear: I ain’t no expert in this field. I’m always worried about offending someone by writing about personal matters based on relationships with real people but if this reasoning was in fashion no one would ever write anything based on experience and every advice would be useless. So there it is. My sincere apologies to my exes and oh ohs, I intend to proofread this text to make it as impersonal as possible :)

I know this feels like the worst thing in the world right now but every day it will hurt a little less until you can barely feel it… Then new things will happen that will hurt you even more… :) (Fuller House, S2E7)

It is possible to stay miserable for months and years without getting any better and just TIME will not fix your life and JUST waiting until you become happy again won’t do it. You need to keep trying to help yourself, without it you can stay heartbroken for a long time and embittered for your whole life. Depression is a very easy thing to gain if a grief is being developed instead of being put away. In my case cultivating my sorrow lasted longer than two weeks (up to 2 weeks it’s fine) and I didn’t want to get rid of it. It seemed more natural to me to stay in pain than not. My family and friends were giving me a lot of wise speeches that could make a great book. But at the time even the greatest words would go straight through my empty head and not stay in there for one second. Until one person told me they’ve been miserably in love with someone for 6 years! That was the moment when I turned to everyone who had my back and I decided to go back to the LIVING. I didn’t want to be this pathetic for so long. I realized that this perspective was actually possible and that being unhappy doesn’t just go away by itself and that I WILL STAY IN PAIN UNTIL I START DOING SOMETHING ABOUT IT. I’m not saying I will stay in pain for as long as I want, because nobody actually wants to be in pain, but for as long as no action is taken by me. I need to put a lot of effort and to actually change. Bigly.

Every difficult situation in life is a great opportunity to work on yourself. Working on your character is so much harder when everything goes well so when it doesn’t you can turn your fear into excitement and your sadness into gratefulness.

Things you can do to get back on track:

Be nice to yourself

Doris Wolska helped me with this one. When I already knew I didn’t want to feed my sadness anymore but I felt I couldn’t do anything about it. Doris taught me that the start can be really easy. You go to the movies to see the funniest comedy ever and you laugh until you’re out of breath, you eat your favourite chocolates, jelly and popcorn, you go to a SPA or create one yourself. You allow yourself to reset. Don’t overthink what happened and whether or not that person was the worst or the best… Don’t think about it at all. There’s no point of you torturing yourself with the things that can only bring you pain. My friend told me this – the old ways are like a dog… If you stop feeding it, it will die. The sooner you will start practicing the art of letting those thoughts go, the sooner you will be able to be free.

Avocado and banana mix is also a great power and happy food that will help you after a rough time especially if you haven’t been eating much… Today this mix brings me bad fame at work and comments such as ‚why don’t you like yourself?’, ‚oh please never cook for me’, ‚it literally hurts my eyes’, ‚oh *****’ – clearly England is not a fan of avocado and banana puree :) But I love it! :D

Look around, the world is so much prettier than the dead cat. But you won’t see it if all you keep focusing on is the dead cat.

Force yourself to do life

You just need to do things. Even if you don’t FEEL LIKE IT. There’s a lot to do. You:

-get up
-put on uncomfortable clothes that won’t invite you to go back to bed and whine
-do work. You study, you work on your projects, if you have nothing to study you sign up for a course and then you study and if you have no projects you make one and work on it
-buy not-ready food and you cook your meals
-go to a nice cafe for a coffee and cake and you read a book there
-join a gym and attend fitness classes
-listen only to happy music
-have friends over or you go and visit your friends
-volunteer for a charity
-help to organise some town event etc. etc.

You force yourself to do things that can make you happy. When you do things that would usually make you happy you fool yourself into being happy therefore you become happy in the process. While doing all those things you don’t need to be in denial and pretend you’re not heartbroken, but while being heartbroken you have to actually fight for yourself (and doing life is it) not to lose the true colours and not to get depressed. You can take it as a CHANCE to create your life again. Without listening to anyone else’s ideas on how you should live your life you start doing what you actually want to do and you make new habits and routines.

Things not to do:

-whine
-stay in bed until 12 (or all day)
-watch TV/binge watch netflix
-listen to sad music
-refuse family’s/friends’ help
-rethink the past over and over again
-wonder what would life be like if you were still together

 Have only good friends around you

They can tell you to ‚suck it up’ or give you bad or worse advices. They can empathise with you so much you actually feel them carrying your pain along with you. They can intentionally ignore your heartbreak thinking it’s for your best and try to keep your mind busy with other things or they can take you out clubbing or set you up for a rebound. All of those are the good friends :) They can have different medicines or no idea about the matter whatsoever but they care about you and that’s what you need when you’re missing someone who’s highest priority was (or should have been) you. The not-so-good friends that you don’t want to have around in that season of your life are the ones who are not there. As simple as that.

Try, fail, repeat

The pain WILL go away if you will keep working on your happiness. You can have one happy hour :) And then it can all go back to hell. Then you can have a good day and again the life will suck. How stable your emotions and feelings will become depends only on how many times you won’t give up and how quickly you will choose to get up again.

Freeze your feelings if needed

I know they say that you need to let yourself to cry it all out but it might be really hard to stop later. Sometimes it is better to freeze your emotions for some time and release it later, when it’s less of them and your vision is clearer. I remember when, after a month of crying in every hour of every single day, my dad would ask me if I wanted a sandwich and I… would burst into tears :) That’s because at that point I was unable to stop ‚letting it all out’ anymore and literally everything would make me upset.

See opportunities only

Use the extra time you’ve got to learn how to dance, shoot, fight, ride a motorcycle, if your person didn’t like your favourite hat – start wearing it, if you lost some friends only because of your relationship – get in touch with them, if you couldn’t go on some trip -here’s your chance to do it! Anything you like you can do. And you can worry only about what YOU will think about it later.

 

That would be all

When it comes to post-breakup competition on who will be fine first etc etc I have no idea how to deal with it, I didn’t experience that. Stalking my exes is also not my thing. I think that if you let the whole thing go you will not worry about things like that and you won’t have an urge to stalk anyone.

Maybe you won’t go through that hell twice

Going through that process has certainly made me stronger. At that time I needed to be home, and I required my family and all my friends to support me 120%. And now, after another breakup (God I still wish I had other kinds of experiences instead :) I could survive just staying in touch with a good friend and simply doing life. Working and studying and working and studying. Even when I didn’t feel like it. And I was ok. Now I am good. By Christmas I will be great ;)

 

Zwiedzanie najsmutniejszego miasta

Pozdrowienia z Genui. Do popołudnia miasto było dziś półżywe, a sklepy pozamykane, ale turyści jak gdyby z innej planety tacy sami jak zawsze. A ja wśród nich.

Moim tempem wręcz przebiegam wąskie uliczki starówki. Przed wyjściem z domu oglądałam w telewizji przygotowania do pogrzebu, teraz go słyszę z każdego okna. Trzeba by założyć słuchawki na uszy z wesołą muzyczką, a na oczy klapki, żeby nie odczuwać smutku tego miasta. Przeszłam wszystkie place, kościoły obejrzałam, niecodzienny obiad zjadłam… Siadłam w cieniu przy jednym z zamkniętych sklepów. Czytam książkę jak myśleć bez myślenia. I mimo, że chodzi w niej o wczesne przewidywanie konsekwencji to właśnie myślenie bez myślenia teraz uprawiam. Ta katastrofa nie mieści mi się w głowie, więc nawet częściowo do niej nie wchodzi. Port, który zawsze wypełniony jest ludźmi teraz wibruje tylko od wycia statków. A wyją wszystkie i to na raz. Każdy na innym dźwięku tworząc nieprzyjemną dla ucha skalę żałości. Niebo zaczyna się dołączać.

Grupa francuzów usiadła obok mnie, żeby schować się przed ulewą. Wszyscy tacy zadowoleni i śmieją się do mnie. Nie odwzajemniam. Wystarczy, że nie mam odpowiedniej ilości empatii w obecnej sytuacji i coś do wyrzutów sumienia podobne mi się narzuca. Tak mnie ci francuzi denerwują, że bym się przeniosła do zjaranego afrykańczyka siedzącego dwa metry dalej… Chyba za długo się na niego gapiłam, bo zapytał czy chcę się dołączyć. Podziękowałam, bo boję się sepsy itp. ale na dzień dzisiejszy bycie zjaranym wydaje się dużo lepszą opcją niż bycie uhahanym.

Francuzi pobiegli w deszcz, rodzina meksykańczyków (oceniam po akcencie) zajęła ich miejsce. Do deszczu dołączyły pioruny i grzmoty. Poprosiłam meksykanina, żeby wyłączył telefon jak chce tu siedzieć, bo nie chcę zginąć w dzień pogrzebów narodowych.

Jest 15:00. Słońce wraca nad miasto, a niedługo otworzą część sklepów i znowu będzie można usłyszeć język włoski. Przed pałacem rządowym zbierają się dziennikarze pewnie mając nadzieję, że usłyszą coś nowego. Ale o ile to nie jest zapewnienie, że to wszystko to był tylko zły sen, nic teraz nie uspokoi miasta ani nie wzbudzi na nowo zaufania do rządu, które i tak już zanikało na długo przed katastrofą. Tylko czas ma jakieś szanse na zaleczenie tych ran i gniewu. Pozdrowienia z Genui, obecnie najsmutniejszego miasta Europy.

Wielkanoc w rzymskim zakonie

Co roku trzeba mnie zmuszać do sprzątania, krojenia sałatek i pójścia ze święconką. Tym razem sama się musiałam do wszystkiego zmusić! Poniżej opis moich pierwszych świąt za granicą. Tylko od żarcia strony.

Święta spędziłam z siostrami „szarymi”, jedząc, rozmawiając, żartując, śpiewając, zwiedzając muzea (które w Wielkanoc były za darmo dla mieszkańców Rzymu, a jak się okazało, nim jestem), grając w grę typu warcaby, znowu jedząc i oglądając telewizję. Jednak zanim nadszedł czas świętowania przez kilka dni pytałam czy mogę zrobić sos tatarski, żeby w niedzielę nie zjawiać się na tzw. krzywy ryj. W końcu się poddałam i nie czekając dłużej na zezwolenie zlokalizowałam na dzielni polski sklep i kupiłam pieczarki marynowane, ogórki i majonez, po czym obeszłam 20 marketów zanim znalazłam szczypiorek (tutaj o nazwie „zioło cebulowe”). Nie dość, że nikt mi nic nie kazał to wręcz mi powiedziano „jedziemy na gotowe, nic nie trzeba robić”. Przeszkadzało mi to jako, iż u mnie w domu wygląda to bardzo inaczej, a to moje pierwsze święta z dala od bliskich, więc automatycznie próbowałam odtworzyć to, co dla mnie naturalne.

Sytuacja jeszcze bardziej odbiegła od tradycji, gdy nikt nie zamierzał przygotowywać koszyka z jedzeniem do święcenia (bo to polska tradycja, której Polacy za granicą nie trzymają się kurczowo, podobnie jak i postu w Wielką Sobotę). Prawie 96-cio letnia siostra Maria (Polka z okolic Wilna, która pięknie wymawia spółgłoskę półotwartą boczną zębową welaryzowaną tj. szlacheckie „ł” (ot wszystko, co pamiętam z pierwszych studiów) przygotowała pisanki (woskiem i cebulą), więc ja postanowiłam stanąć na wysokości zadania i przygotować koszyk oraz znaleźć polski kościół, który by to poświęcił. Siostrze Marii spodobał się pomysł i razem odtworzyłyśmy skromną wersję tej tradycji.

Znaleźć koszyk na święconkę nie jest jednak tak łatwo w Rzymie. Napisałam do ludzi z pracy i ze szkoły, zadzwoniłam do innych zakonów w mieście, do pana stroiciela co mi pianino tutaj do stanu używalności sprowadza i do menadżera siłowni, na którą chodzę, założyłam nawet konto na Tinder wpisując w opisie ogłoszenie o potrzebie koszyka, ale jak się okazało, koszyki z rączką to tutaj zdecydowana rzadkość. Udałam się zatem po radę do znajomego Polaka-złotej rączki, co pracuje w restauracji zaprzyjaźnionej z moją pracą, a on dał mi kawałek wężyka/szlaucha (czyt. szlałfa), który to owinęłam wstążką od sióstr wyżebraną i przymocowałam do koszyka znalezionego w klasztorze. Nie była to najstabilniejsza konstrukcja tej epoki, ale przetrwała i rolę spełniła.

Mury zakonu dzieli z nami od niedawna jeszcze jedna Polka. Szybko się polubiłyśmy, gdy to pierwszego wspólnego dnia odkryłyśmy, że obie omijamy zgromadzenia włoskich dziewcząt przez wzgląd na nasz szacunek do zmysłu słuchu. Nowa koleżanka również została tu na Wielkanoc. A w kwestii utrzymywania tradycji i świątecznych zachowań było to wielkie ułatwienie. Bowiem zaraz po tym, gdy zmusiłam siebie do zrobienia sałatki, poprosiłam o pomoc Natalię (ot jej imię), a gdy tylko projekt „koszyk” nabrał formy, to zaangażowałam ją też i do tego. Spełniła ona również świąteczne funkcje mojej siostry, gdy po skończonym krojeniu i dodaniu majonezu zapytała „a to nie powinno być drobniej pokrojone?”, oraz później jak próbowałam zrobić baranka z masła (co mój tata zawsze robi), stwierdziła że przynoszę wstyd rodzinie :)